Category Archives: film

Che. The Argentine. – posłowie.

Nie mogłem się powstrzymać i muszę skomentować jeszcze jedną rzecz odnośnie filmu „Che. The Argentine” :) Przez cały film czekałem i czekałem na legendarną już scenę z pamiętników Che, a którą zupełnie niesłusznie w mej opinii przywołują jego miłośnicy: zaraz po przybyciu na Kubę z Meksyku, Guevara stoi przed życiowym wyborem – musi uciekać przed żołnierzami dyktatora Batisty, czy ma wziąć ze sobą plecak z medykamentami (jest lakerzem oddziału), czy skrzynkę z amunicją? Dwóch nie jest w stanie udźwignąć… wybiera to drugie i w tym momencie staje się rewolucjonistą. Nie doczekałem się tej sceny, co tylko dobrze świadczy o filmie. Nie lubię jej z tego powodu, że przywoływana bywa często jako dowód wielkości Guevary, a wg mnie ma wręcz przeciwną wymowę. Mając do wyboru narzędzie do ratowania życia lub do jego odbierania, Che wybiera to drugie. Żadne argumenty nie wchodzą tu w grę. Na najprostszym, najbardziej z podstawowych poziomów Che wybrał narzędzie niosące śmierć. Że o składanej przezeń przysiędze Hipokratesa zobowiązującej go w pierwszej kolejności do ratowania życia nie wspomnę. Dlatego m.in. postać Geuvary niknie dla mnie w odmętach dwuznaczności, niejasności i kontrowersji.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under film

Che. The Argentine (Che – Rewolucja)

Nieskazitelny Che. Subiektywnie o filmie „Che. The Argentine”.

(recenzja opublikowana na portalu: www.mojeopinie.pl, do znalezienia tutaj

„Che. The Argentine” (polski tytuł: „Che – Rewolucja”) to najnowszy film biograficzny o Ernesto Che Guevarze, symbolu buntu wobec niesprawiedliwości i rewolucji XX w. Jest to pierwsza z dwóch części filmu w reżyserii Stevena Soderbergha z Benicio del Toro w roli tytułowej. Soderbergh to twórca chociażby takich obrazów, jak „Ocean’s 11” (i kolejne części), „Erin Brokovich” czy „Traffic” (oscar za reżyserię). Del Toro to niezapomniany odtwórca ról m.in. we wspomnianym „Trafficu” (oscar za rolę drugoplanową), „21 gram” czy „Las Vegas Parano”. Film zapowiadał się więc bardzo interesująco. Z drugiej strony jednak obrazy podejmujące kontrowersyjne tematy rzadko oddają ich złożoność i są obiektywne, co budziło we mnie pewne zaniepokojenie. Niemniej, nie mogąc doczekać się polskiej premiery kupiłem film w Internecie i wczoraj wreszcie miałem okazję go obejrzeć.

Na początku zaznaczyć muszę jedno: nie jestem fanem hagiografii Che – z różnych powodów, na które nie czas i nie miejsce przy tej okazji. Czytając wcześniej o filmie wyrobiłem sobie o nim opinię i spodziewałem się, że będzie utrzymany w tonie czczo-pochwalnym wobec Guevary. I… niby tak było, i momentami bardzo mnie to drażniło, ale jednak z przyjemnością obejrzałem go do końca.

Obraz jest utrzymany w formie naprzemiennie pokazywanych wątków z różnych okresów życia Che, przy czym tematem dominującym jest walka rewolucyjna na Kubie z dyktatorem Batistą. Ta wielowątkowość, z początku denerwująca bo zdawać się może, że wprowadzająca chaos, z czasem nadaje filmowi blasku i przesądza o tym, iż oglądamy go z zapartym tchem. Dochodzą do tego bardzo dobre zdjęcia: i pięknych krajobrazów, i parnej dżungli, i zadymionych gabinetów. To zdjęcia właśnie wespół z montażem są tą rzeczą, które niepostrzeżenie i w niewytłumaczalny sposób wciągają najbardziej. Montaż – rzadko się o tym mówi, jako o jednej z największych zalet (lub wad) filmu, ale w tym przypadku nie bez kozery. Nie chodzi już nawet tylko o to, że w jednej chwili jesteśmy z eleganckim Che w połowie lat 50., po chwili już z mniej eleganckim w roku 1958, gdzieś w zabłoconej dżungli pokrywającej góry Sierra Maestra, aby po następnych kilku minutach przenieść się w lata 60. i spotkać dojrzałego już Guevarę otoczonego amerykańskimi dziennikarzami. Każda ze scen osadzona w zupełnie innej scenerii, każda doskonale oddająca sobie przypisaną atmosferę. To, co pozytywnie zaskakuje, to interesujące i szybko zmieniające się ujęcia. Kamera jest oczami Che, po chwili innego partyzanta, w następnym momencie widzimy tylko cygaro, które pali Guevara (obecne niemal w każdej ze scen) i słyszymy jego głos, podczas gdy samej twarzy bohatera już nie widać, a kamera błądzi gdzieś w obłokach dymu. Momentami kamera „biegnie” z partyzantami, momentami obraz jest czarno-biały. Czasem mamy wrażenie, że to film dokumentalny lub reportaż. Czapki z głów dla montażystów, którzy z tej jednej wielkiej „mieszaniny” scen i ujęć zrobili bardzo interesującą w odbiorze oraz – wbrew pozorom – spójną całość.

Kolejnym plusem jest to, że film nagrany jest w języku hiszpańskim. To oraz jak zwykle bardzo istotna dla całości odbioru dobra muzyka nadają filmowi niezwykłego klimatu. Osobiście wiele radości przysporzyła mi barwnie skrojona i zagrana postać Camilo Cienfuegosa. Dokładnie tak wyobrażałem sobie tego bohatera Rewolucji Kubańskiej: romantyczny wojownik, prześmiewca, dusza towarzystwa, dowódca, za którym żołnierze pójdą w ogień, a kobiety do łóżka… Postać Fidela również została dobrze zagrana, przypomina rzeczywisty wzorzec (ta gestykulacja…) jest jednak miej wyrazista od „boskiego” Camilo. Po seansie tak naprawdę zostają w pamięci trzy postaci: Camilo, Fidel i oczywiście Che. Rola Benicio del Toro, podobnie jak większość w jego karierze, zasługuje na pochwałę. Ma się wrażenie, że tak właśnie mógł zachowywać się Ernesto Guevara.

Jak widać, pozytywów jest dużo, jest jednak i druga strona medalu. Zgodnie z tym, czego się spodziewałem, film pokazuje kontrowersyjną bądź co bądź postać Che w samych superlatywach. Che dążący do wyzwolenia Kuby i całej Ameryki Łacińskiej spod amerykańskiego jarzma. Che dbający o chłopów kubańskich. Che karający rewolucjonistów, którzy dopuszczają się kradzieży lub wykorzystują lud kubański. Che pokorny. Che schorowany, ale uparcie walczący. Che odważny i mężny. Che inteligentny. Che lubiany, podziwiany i kochany. Che siejący trwogę wśród wrogów. Che leczący ubogich. Che piętnujący imperializm. Che przez wszystkich poważany… Litanię można kontynuować niemal w nieskończoność.

O trybunałach wojennych i zabójstwach bez sądu tysięcy osób ledwo wspomniano, a jeśli już to w bardzo dobrze zakamuflowany sposób. O tym, że bez żadnego przygotowania zarządzał gospodarką kraju – z fatalnymi jak się można domyślać skutkami, ani słowa. Nie chcę wdawać się w polemikę z fanami symbolu, jakim niewątpliwie jest Che. To, co mnie uderzyło jednak, to ciągnąca się przez cały film martyrologia Guevary. Nie ulega wątpliwości, że był osobą nadzwyczaj wrażliwą, że silniej od większości odczuwał weltschmerz. W filmie pokazany jest jednak, jako drugi Chrystus. Jakby od początku wiedział, co musi zrobić, jakie ma zadanie i jak skończy się jego droga na tym świecie. Jakby na swoich barkach niósł brzemię całej ludzkości – i był tego świadom, a mimo to kroczył tą drogą, dla dobra ludzi, „aby się dokonało”, aby zmienić świat. Jakby podjął się tego zadania i mimo ogromnych trudności z niego nie zrezygnował, gdyż „wiedział”… Nie mógł wiedzieć. Nie mógł wiedzieć (na pewno nie w latach 50.), jakim symbolem się stanie, jaką otuchę przyniesie jego osoba uciskanym narodom.

Na pewno był idealistą, ślepo wierzącym w swe przekonania i dogłębnie im oddanym, gotowym poświęcić w ich imię nawet swoje życie. Ani prorokiem, ani mesjaszem jednak już nie. Był człowiekiem. Człowiekiem, który też lubił się napić, śmiać się, porozmawiać z przyjaciółmi na „normalne” tematy, a niekoniecznie o amerykańskim imperializmie i szkodach przezeń uczynionych ludowi pracującemu miast i wsi Ameryki Łacińskiej. W filmie jest całkowicie odczłowieczony, bardziej podobny do Chrystusa czy antycznych półbogów niż każdego z nas, maluczkich. Wiąże się z tym jeszcze jedna kwestia. Po obejrzeniu obrazu możemy odnieść wrażenie, że prawdziwym motorem Rewolucji Kubańskiej był właśnie Guevara, a Fidel to tylko przybudówka, to „formalna” część Rewolucji na pokaz, to biurokrata, który dogadał się ze złymi komunistami; że ludzie tak naprawdę kochali i szli nie za Fidelem, tylko za Guevarą, gdyż to Ernesto był prawdziwym (i jedynym) Rewolucjonistą przez duże „R” – a nie Castro… Z tych dwóch postaci bardziej „lubię” Che, jednak przekaz filmu wypacza rzeczywistość. Fidelowi należy oddać, co jego: Rewolucja to Fidel, a Fidel to Rewolucja – wie o tym każde dziecko na Kubie.

Poruszyć należy jeszcze jedną kwestię. Bardzo ciekawym, propagandowym, ale w tym dobrym znaczeniu tego słowa, był wątek filmu nawiązujący do stosunków amerykańsko-kubańskich, perspektyw ocieplenia (rozważanych w pierwszej połowie lat 60. – sic!) i embargo nałożonego przez Waszyngton na wyspę. Szczególnie ta ostatnia kwestia wydaje się oczywistym nawiązaniem do obecnej sytuacji geopolitycznej w regionie. Ostatnimi czasy coraz większego rozpędu nabiera debata w Stanach Zjednoczonych dotycząca konieczności zmian polityki wobec Kuby. W pierwszym rzędzie mówi się oczywiście o zniesieniu trwającego już prawie pół wieku embargo.

Podsumowując, można stwierdzić, że od strony czysto filmowej „Che. The Argentine” zaskakuje pozytywnie, od strony historycznej już nie. Obraz wybiela, a przez to wypacza postać Guevary. Che wielkim idealistą był. Ideałem – nie, a film niestety jako takiego właśnie go przedstawia. Szkoda. Niemniej na drugą część filmu będę czekał z niecierpliwością, a pierwszą polecam wszystkim: miłośnikom Che, jego przeciwnikom, jak również tym, którzy dopiero chcą sobie zdanie o nim wyrobić. W tym ostatnim przypadku sugeruję jednak zweryfikować przekaz filmu przy pomocy innych źródeł wiedzy.

(recenzja opublikowana na portalu: www.mojeopinie.pl, do znalezienia tutaj

Dodaj komentarz

Filed under film

La teta asustada wygrywa Berlinale 2009

„La teta asustada”, znany pod angielskim tytułem jako „The Milk of Sorrow”, film peruwiańskiej reżyserki Cluadii Llosa zdobył Złotego Niedzwiedzia na tegorocznym festiwalu w Berlinie. Ten sam obraz zdobył nagrodę FIPRESCI (międzynarodowej federacji krytyków filmowych). Jest to niewątpliwie wielki sukces kina peruwiańskiego (i ogólnie latynoamerykańskiego).

Dziesiąta muza w tym roku nie skąpiła natchnienia twórcom z kontynentu południowoamerykańskiego. „La teta asustada” nie jest jedynym filmem z regionu nagrodzonym na Berlinale 2009.

Argentyńsko-urugwajski obraz „Gigante” autorstwa Adriana Binieza zdobył aż trzy nagrody: 1) nagrodę specjalną jury; 2) nagrodę za debiut reżyserski; 3) nagrodę za innowacyjoność. Co ciekawe, tę ostatnią Biniez współdzielił  z nikim innym jak z Andrzejem Wajdą, wyróżnionym za obraz „Tatarak”.

Trzecim latynoamerykańskim filmem, jaki został nagrodzony jest „Rabioso Sol, Rabioso Cielo” Juliána Hernándeza. Otrzymał on nagrodę Teddy, przyznawaną za film podejmujący temat homoseksualizmu.

Ps. Jeszcze żadnego z nich nie miałem okazji obejrzeć. Kiedy to zrobię, nie omieszkam ich skomentować.

Dodaj komentarz

Filed under film, peru