Monthly Archives: Marzec 2009

Biden wyjaśnia – nie zmieni się nic

Obama miał być tym, który wreszcie zmieni amerykańską politykę wobec Kuby, krytykowaną od lat na całym świecie – zwłaszcza w odniesieniu do prawie 50-letniego embarga: potępioną wielokrotnie przez ONZ  do której zmiany wzywało 15 państw-członków Caricomu (Karaibskiej Wspólnoty i Wspólnego Rynku), zaraz potem 33 państwa Ameryki Łacińskiej i Karaibów, a także amerykańskie środowiska naukowe i organizacje pozarządowe oraz biznes.

Tak jak myślałem (patrz: „Barack Obama wobec Ameryki Łacińskiej„, s. 7-9) embargo zniesione nie będzie. Ostatnie wypowiedzi wiceprezydenta Joe Bidena jasno to wyrażają. Najpierw zmiany demokratyczne na Kubie, potem zniesienia embarga. Czyli ta sama śpiewka, jaką znamy od kilkudziesięciu lat. Nic się nie zmienia.

Równie klarownie Biden przekazuje też informacje o wycofaniu się nowej administracji z wcześniejszych deklaracji, kiedy zapewniano o szybkim wprowadzeniu reformy imigracyjnej, w tym legalizacji pobytu w USA milionów Meksykanów. Głosy mniejszości latynoskiej zdobyte, więc po co się paprać w kontrowersyjne dla części społeczeństwa ustawy… Biden niemożność wprowadzenia reformy wyjaśnia kryzysem (większym bezrobociem – ergo – nieprzyjaznym stosunkiem społeczeństwa do legalizacji pobytu w USA licznej imigracji meksykańskiej).

Kryzys kryzysem, ale obietnice przedwyborcze powinny znaczyć coś więcej niż słowa rzucane na wiatr. Z drugie strony, obserwując polską scenę polityczną sam się dziwię, skąd we mnie takie przekonanie…

Dodaj komentarz

Filed under ameryka łacińska (ogólnie), kuba, meksyk, usa

Che. The Argentine. – posłowie.

Nie mogłem się powstrzymać i muszę skomentować jeszcze jedną rzecz odnośnie filmu „Che. The Argentine” :) Przez cały film czekałem i czekałem na legendarną już scenę z pamiętników Che, a którą zupełnie niesłusznie w mej opinii przywołują jego miłośnicy: zaraz po przybyciu na Kubę z Meksyku, Guevara stoi przed życiowym wyborem – musi uciekać przed żołnierzami dyktatora Batisty, czy ma wziąć ze sobą plecak z medykamentami (jest lakerzem oddziału), czy skrzynkę z amunicją? Dwóch nie jest w stanie udźwignąć… wybiera to drugie i w tym momencie staje się rewolucjonistą. Nie doczekałem się tej sceny, co tylko dobrze świadczy o filmie. Nie lubię jej z tego powodu, że przywoływana bywa często jako dowód wielkości Guevary, a wg mnie ma wręcz przeciwną wymowę. Mając do wyboru narzędzie do ratowania życia lub do jego odbierania, Che wybiera to drugie. Żadne argumenty nie wchodzą tu w grę. Na najprostszym, najbardziej z podstawowych poziomów Che wybrał narzędzie niosące śmierć. Że o składanej przezeń przysiędze Hipokratesa zobowiązującej go w pierwszej kolejności do ratowania życia nie wspomnę. Dlatego m.in. postać Geuvary niknie dla mnie w odmętach dwuznaczności, niejasności i kontrowersji.

Dodaj komentarz

Filed under film

Che. The Argentine (Che – Rewolucja)

Nieskazitelny Che. Subiektywnie o filmie „Che. The Argentine”.

(recenzja opublikowana na portalu: www.mojeopinie.pl, do znalezienia tutaj

„Che. The Argentine” (polski tytuł: „Che – Rewolucja”) to najnowszy film biograficzny o Ernesto Che Guevarze, symbolu buntu wobec niesprawiedliwości i rewolucji XX w. Jest to pierwsza z dwóch części filmu w reżyserii Stevena Soderbergha z Benicio del Toro w roli tytułowej. Soderbergh to twórca chociażby takich obrazów, jak „Ocean’s 11” (i kolejne części), „Erin Brokovich” czy „Traffic” (oscar za reżyserię). Del Toro to niezapomniany odtwórca ról m.in. we wspomnianym „Trafficu” (oscar za rolę drugoplanową), „21 gram” czy „Las Vegas Parano”. Film zapowiadał się więc bardzo interesująco. Z drugiej strony jednak obrazy podejmujące kontrowersyjne tematy rzadko oddają ich złożoność i są obiektywne, co budziło we mnie pewne zaniepokojenie. Niemniej, nie mogąc doczekać się polskiej premiery kupiłem film w Internecie i wczoraj wreszcie miałem okazję go obejrzeć.

Na początku zaznaczyć muszę jedno: nie jestem fanem hagiografii Che – z różnych powodów, na które nie czas i nie miejsce przy tej okazji. Czytając wcześniej o filmie wyrobiłem sobie o nim opinię i spodziewałem się, że będzie utrzymany w tonie czczo-pochwalnym wobec Guevary. I… niby tak było, i momentami bardzo mnie to drażniło, ale jednak z przyjemnością obejrzałem go do końca.

Obraz jest utrzymany w formie naprzemiennie pokazywanych wątków z różnych okresów życia Che, przy czym tematem dominującym jest walka rewolucyjna na Kubie z dyktatorem Batistą. Ta wielowątkowość, z początku denerwująca bo zdawać się może, że wprowadzająca chaos, z czasem nadaje filmowi blasku i przesądza o tym, iż oglądamy go z zapartym tchem. Dochodzą do tego bardzo dobre zdjęcia: i pięknych krajobrazów, i parnej dżungli, i zadymionych gabinetów. To zdjęcia właśnie wespół z montażem są tą rzeczą, które niepostrzeżenie i w niewytłumaczalny sposób wciągają najbardziej. Montaż – rzadko się o tym mówi, jako o jednej z największych zalet (lub wad) filmu, ale w tym przypadku nie bez kozery. Nie chodzi już nawet tylko o to, że w jednej chwili jesteśmy z eleganckim Che w połowie lat 50., po chwili już z mniej eleganckim w roku 1958, gdzieś w zabłoconej dżungli pokrywającej góry Sierra Maestra, aby po następnych kilku minutach przenieść się w lata 60. i spotkać dojrzałego już Guevarę otoczonego amerykańskimi dziennikarzami. Każda ze scen osadzona w zupełnie innej scenerii, każda doskonale oddająca sobie przypisaną atmosferę. To, co pozytywnie zaskakuje, to interesujące i szybko zmieniające się ujęcia. Kamera jest oczami Che, po chwili innego partyzanta, w następnym momencie widzimy tylko cygaro, które pali Guevara (obecne niemal w każdej ze scen) i słyszymy jego głos, podczas gdy samej twarzy bohatera już nie widać, a kamera błądzi gdzieś w obłokach dymu. Momentami kamera „biegnie” z partyzantami, momentami obraz jest czarno-biały. Czasem mamy wrażenie, że to film dokumentalny lub reportaż. Czapki z głów dla montażystów, którzy z tej jednej wielkiej „mieszaniny” scen i ujęć zrobili bardzo interesującą w odbiorze oraz – wbrew pozorom – spójną całość.

Kolejnym plusem jest to, że film nagrany jest w języku hiszpańskim. To oraz jak zwykle bardzo istotna dla całości odbioru dobra muzyka nadają filmowi niezwykłego klimatu. Osobiście wiele radości przysporzyła mi barwnie skrojona i zagrana postać Camilo Cienfuegosa. Dokładnie tak wyobrażałem sobie tego bohatera Rewolucji Kubańskiej: romantyczny wojownik, prześmiewca, dusza towarzystwa, dowódca, za którym żołnierze pójdą w ogień, a kobiety do łóżka… Postać Fidela również została dobrze zagrana, przypomina rzeczywisty wzorzec (ta gestykulacja…) jest jednak miej wyrazista od „boskiego” Camilo. Po seansie tak naprawdę zostają w pamięci trzy postaci: Camilo, Fidel i oczywiście Che. Rola Benicio del Toro, podobnie jak większość w jego karierze, zasługuje na pochwałę. Ma się wrażenie, że tak właśnie mógł zachowywać się Ernesto Guevara.

Jak widać, pozytywów jest dużo, jest jednak i druga strona medalu. Zgodnie z tym, czego się spodziewałem, film pokazuje kontrowersyjną bądź co bądź postać Che w samych superlatywach. Che dążący do wyzwolenia Kuby i całej Ameryki Łacińskiej spod amerykańskiego jarzma. Che dbający o chłopów kubańskich. Che karający rewolucjonistów, którzy dopuszczają się kradzieży lub wykorzystują lud kubański. Che pokorny. Che schorowany, ale uparcie walczący. Che odważny i mężny. Che inteligentny. Che lubiany, podziwiany i kochany. Che siejący trwogę wśród wrogów. Che leczący ubogich. Che piętnujący imperializm. Che przez wszystkich poważany… Litanię można kontynuować niemal w nieskończoność.

O trybunałach wojennych i zabójstwach bez sądu tysięcy osób ledwo wspomniano, a jeśli już to w bardzo dobrze zakamuflowany sposób. O tym, że bez żadnego przygotowania zarządzał gospodarką kraju – z fatalnymi jak się można domyślać skutkami, ani słowa. Nie chcę wdawać się w polemikę z fanami symbolu, jakim niewątpliwie jest Che. To, co mnie uderzyło jednak, to ciągnąca się przez cały film martyrologia Guevary. Nie ulega wątpliwości, że był osobą nadzwyczaj wrażliwą, że silniej od większości odczuwał weltschmerz. W filmie pokazany jest jednak, jako drugi Chrystus. Jakby od początku wiedział, co musi zrobić, jakie ma zadanie i jak skończy się jego droga na tym świecie. Jakby na swoich barkach niósł brzemię całej ludzkości – i był tego świadom, a mimo to kroczył tą drogą, dla dobra ludzi, „aby się dokonało”, aby zmienić świat. Jakby podjął się tego zadania i mimo ogromnych trudności z niego nie zrezygnował, gdyż „wiedział”… Nie mógł wiedzieć. Nie mógł wiedzieć (na pewno nie w latach 50.), jakim symbolem się stanie, jaką otuchę przyniesie jego osoba uciskanym narodom.

Na pewno był idealistą, ślepo wierzącym w swe przekonania i dogłębnie im oddanym, gotowym poświęcić w ich imię nawet swoje życie. Ani prorokiem, ani mesjaszem jednak już nie. Był człowiekiem. Człowiekiem, który też lubił się napić, śmiać się, porozmawiać z przyjaciółmi na „normalne” tematy, a niekoniecznie o amerykańskim imperializmie i szkodach przezeń uczynionych ludowi pracującemu miast i wsi Ameryki Łacińskiej. W filmie jest całkowicie odczłowieczony, bardziej podobny do Chrystusa czy antycznych półbogów niż każdego z nas, maluczkich. Wiąże się z tym jeszcze jedna kwestia. Po obejrzeniu obrazu możemy odnieść wrażenie, że prawdziwym motorem Rewolucji Kubańskiej był właśnie Guevara, a Fidel to tylko przybudówka, to „formalna” część Rewolucji na pokaz, to biurokrata, który dogadał się ze złymi komunistami; że ludzie tak naprawdę kochali i szli nie za Fidelem, tylko za Guevarą, gdyż to Ernesto był prawdziwym (i jedynym) Rewolucjonistą przez duże „R” – a nie Castro… Z tych dwóch postaci bardziej „lubię” Che, jednak przekaz filmu wypacza rzeczywistość. Fidelowi należy oddać, co jego: Rewolucja to Fidel, a Fidel to Rewolucja – wie o tym każde dziecko na Kubie.

Poruszyć należy jeszcze jedną kwestię. Bardzo ciekawym, propagandowym, ale w tym dobrym znaczeniu tego słowa, był wątek filmu nawiązujący do stosunków amerykańsko-kubańskich, perspektyw ocieplenia (rozważanych w pierwszej połowie lat 60. – sic!) i embargo nałożonego przez Waszyngton na wyspę. Szczególnie ta ostatnia kwestia wydaje się oczywistym nawiązaniem do obecnej sytuacji geopolitycznej w regionie. Ostatnimi czasy coraz większego rozpędu nabiera debata w Stanach Zjednoczonych dotycząca konieczności zmian polityki wobec Kuby. W pierwszym rzędzie mówi się oczywiście o zniesieniu trwającego już prawie pół wieku embargo.

Podsumowując, można stwierdzić, że od strony czysto filmowej „Che. The Argentine” zaskakuje pozytywnie, od strony historycznej już nie. Obraz wybiela, a przez to wypacza postać Guevary. Che wielkim idealistą był. Ideałem – nie, a film niestety jako takiego właśnie go przedstawia. Szkoda. Niemniej na drugą część filmu będę czekał z niecierpliwością, a pierwszą polecam wszystkim: miłośnikom Che, jego przeciwnikom, jak również tym, którzy dopiero chcą sobie zdanie o nim wyrobić. W tym ostatnim przypadku sugeruję jednak zweryfikować przekaz filmu przy pomocy innych źródeł wiedzy.

(recenzja opublikowana na portalu: www.mojeopinie.pl, do znalezienia tutaj

Dodaj komentarz

Filed under film

Świetlisty szlak się odradza

Niedawno „kiosk” na onet.pl zamieścił przedruk artykułu z New York Times’a „Cocaine Trade Helps Rebels Reignite War in Peru„.

W skrócie:

– „El Sendero Luminoso”, czyli Świetlisty Szlak, komunistyczna organizacja terrorystyczna działająca w Peru od lat 60. XX w., zmierzająca do obalenia rządu i ustanowienia nowej, rewolucyjnej władzy; stosowała brutalne metody walki, w tym ataki terrorystyczne na cywilne osiedla (słynne było napędzanie osłów z jukami pełnymi ładunków wybuchowych na targi wiejskie);

– w latach 90. dzięki ofensywie władz, udało się rozbić Świetlisty Szlak, nieliczne niedobitki ukryły się w górach;

– ostatnio notuje się wzrost aktywności organizacji; co istotne – Świetlisty Szlak biorąc przykład z kolumbiskiej FARC zaczął parać się dochodowym handlem kokainą;

Póki co odrodzony Świetlisty Szlak szacuje się na kilkastet osób, ale w latach 60. też od takich liczb się zaczęło, później zaś partyzantka liczyła 10 000 osób. Wojna z organizacją pochłonęła zaś 70 000 żyć. Jeśli władze w Limie chcą uniknąć ponownej wojny z terrorystyczną geurillą czas zacząć działać. Jak widać problem narkohandlu nie tylko nie znika w Ameryce Łacińskiej, lecz nawet jest niestety przyczynkiem do rozwoju podupadłych organizacji terrorystycznych dając im zaplecze finansowe. Nie uda się ich wyplenić, dopóki nie ograniczy się handlu kokainą.  A tu z kolei ciężko o jakiekolwiek znaczące postępy. Błędne koło…

Dodaj komentarz

Filed under peru, terroryzm

Ps. Clinton przyznaje…

W dzisiejszym New York Times cytatem dnia jest właśnie to zdanie Hillary Clinton:

„Oczywistym jest, że to, co robiliśmy nie działa. Nasz nienasycony popyt na narkotyki napędza narkohandel. Nasza niezdolność do zastopowania szmuglu broni za granicę, gdzie uzbraja kryminalistów spowodowała śmierć policjantów, żołnierzy i cywilów”.

W dzisiejszej GW jest tylko króciutka notka, o tym, że pojamno kolejnego przywódcę jednego z meksykańskich karteli. O przełomowej wizycie Clinton w Meksyku ani słowa…

2 Komentarze

Filed under meksyk, usa

Hillary Clinton przyznaje – to USA napędzają narkobiznes

A jednak, stało się! Po coraz liczniejszych ostatnio głosach i apelach (m.in. przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, polityków i znawców regionu) domagających się od Waszyngtonu reorientacji w polityce antynarkotykowej, nadchodzi zmiana. Lepiej późno niż wcale.

To, że coś się ruszyło można było obserwować od kilku dni. Zapowiedzi wizyt wysokich urzędników amerykańskich w Meksyku, przystąpienie do wzmocnienia kontroli granicy i pomocy w tym zakresie południowemu sąsiadowi, wypowiedzi Obamy, że walka z narkohandlem to „wspólna odpowiedzialność” Stanów Zjednoczonych i Meksyku… Przełom nastąpił wczoraj, kiedy za Rio Grande udała się z wizytą sekretarz stanu, Hillary Clinton. Jeszcze podczas podróży samolotem powiedziała towarzyszącym jej dziennikarzom: „Oczywistym jest, że to, co robiliśmy nie działa. Nasz nienasycony popyt na narkotyki napędza narkohandel. Nasza niezdolność do zastopowania szmuglu broni za granicę, gdzie uzbraja kryminalistów spowodowała śmierć policjantów, żołnierzy i cywilów„.

Niby tylko kilka słów prawdy, a jednak niespotykane dotąd „wyznanie winy” przez Biały Dom. Niejako zaprzecza to skuteczności prowadzonej od ponad 30 lat amerykańskiej wojny z narkotykami! Przyznaje, że to amerykański popyt jest przyczyną rozwoju narkobiznesu. Jest to dobra wróżba na przyszłość odnośnie wojny z narkotykami, stosunków amerykańsko-meksykańskich i szerzej – relacji Waszyngtonu ze wszystkimi krajami Ameryki Łacińskiej. Nowy gospodarz Białego Domu przygotowuje szeroką strategię walki z narkotykami (może stąd opóźnienia w jej ogłoszeniu…) – nie tylko dla Meksyku. Nauczeni doświadczeniem lat 90., kiedy zlikwidowanie szlaku przemytowego z Kolumbii przez Karaiby na Floryde przyniosło tylko przeniesienie się owego szlaku do Meksyku właśnie, decydenci amerykańscy chcą tym razem podjąć globalną walkę z narkohandlem, na wszystkich frontach.

Meksyk jest tylko jedną z jej części – póki co najważniejszą. Oprócz przyznania się do winy i zapewnień o reorientacji w polityce antynarkotykowej, Clinton mówiła o przekazaniu dodatkowych 66 milionów USD na helikoptery dla meksykańskiej policji oraz przyspieszeniu realizacji Planu Merida (jak również o kwestiach gospodarczych i edukacji, gdyż jak podkreśliła: „Nasze stosunki są znacznie szersze i głębsze [niż problem narkotyków]”.

Wizyta i wypowiedzi Hillary Clinton były potrzebne, tym bardziej, że ze Stanów Zjednoczonych do Meksyku dopływały często sprzeczne sygnały, co do postawy względem kondycji państwa meksykańskiego i polityki antynarkotykowej nowej administracji amerykańskiej (o tym szerzej pisałem tutaj). Nawet drobne zatargi, jak publikacji Forbes’a prowadziły do napięcia we wzajemnych relacjach.

Choć deklaracje Clinton są dopiero pierwszym krokiem, to jest to zarazem pierwszy od dawna ruch, który dobrze wróży na przyszłość. Jeśli przełoży się na działania, będzie to milowy krok w wojnie z narkotykami. I jest duża szansa, że przeleje się to na polepszenie ogółu stosunków Białego Domu z całym regionem. Przekonamy się, czy z tej małej kulki śnieżnej zrobi się lawina już niedługo. W połowie kwietnia prezdenta Calderona odwiedzi Barack Obama, a następnie uda się na Szczyt Ameryk w Trynidad i Tobago (17-18 kwietnia). Być może tam, dojdzie do kolejnego symbolicznego kroku ze strony amerykańskiej, który zbliży je do państw Ameryki Łacińskiej.

Ps. ciekawe czy w tej globalnej walce z narkotykami znajdzie się miejsce na postulowaną przez wielu legalizację marihuany i traktowanie narkomanów jako chorych… wątpliwe…

2 Komentarze

Filed under meksyk, narkobiznes, narkohandel, usa

Meksyk to NIE JEST (jeszcze) państwo upadłe

Jakiś czas temu natknąłem się na kolejny tekst przekonujący, że „Meksyk spełnia wszystkie kryteria państwa upadłego”… Nie jest to prawdą z różnych powodów (sam Ranking Państw Upadłych umieszcza go na 105. miejscu), które wyłożyłem w swoim tekście „Meksyk – państwo na skraju zapaści?„. W skrócie: kraj ten NIE JEST (jeszcze) państwem upadłym, lecz jeśli nie podjęte zostaną konkretne działania zaradcze, może się nim stać na przestrzeni najbliższych lat.

Jak widać polskie media przyjęły już bezkrytycznie kontrowersyjny punkt widzenia, jaki wciskają im media zagraniczne, głównie amerykańskie. Z jednej strony może to być ewidentne żerowanie na kontrowersji i sensacji. Z drugiej jednak, jest szansa, iż ta nagonka mediów wymusi konkretne zmiany i działania – tak od administracji Calderona, jak i Obamy. Ten ostatni już zaczął coś robić w tym kierunku.

Te oskarżenia o upadek państw meksykańskiego, odkąd się pojawiły były krytykowane przez administrację Calderona, w tym również przez samego prezydenta. Szczególnie, kiedy pochodziły nie z mediów lecz z ust wysokich urzędników amerykańskich.

Niedawno Obama wspomniał o możliwości przybycia na tereny nadgraniczne amerykańskiej armii. Minister Obrony Meksyku, Gen. Guillermo Galván odpowiedział, że nie będzie możliwe, aby amerykańscy żołnierze postawili stopy na meksykańskiej ziemi. Wspomnienie o wojnie amerykańsko-meksykańskiej z połowy XIX w., kiedy USA zagarnęły ponad połowę ówczesnego terytorium Meksyku (obecne stany Kalifornia, Teksas, Nowy Meksyk, Arizona, Nevada, Utah, Wyoming, Kolorado) jest jeszcze zbyt silne.

Prawdziwym źródłem oburzenia na południe od Rio Grande było jednak zeznanie przed senacką komisją Dennisa C. Blaira, dyrektora wywiadu, który przekonywał, że rząd w Ciudad de Mexico nie kontroluje pewnych części swojego kraju (skądinąd słusznie). Meksykański Minister Spraw Wewnętrznych stwierdził, że „takie wypowiedzi są niefortunne i nie przyczyniają się to wytworzenia klimatu pewności, niezbędnego do zwycięstwa w tej walce”.

Wobec takich wypowiedzi polityków i urzędników prezydent Calderón stwierdził: „Ma miejsce kampania, której celem jest zdyskredytowanie tego kraju”. Wskazuje, że poziom przestępczości w Meksyku jest niższy niż w Nowym Orleanie.

Z jednej strony nie może dziwić postawa rządu meksykańskiego, z drugiej jednak zgadzam się z redaktorami El Manana, którzy zauważają, iż „Nie wszystko to [co pojawia się w mediach i wypowiedziach polityków] jest kampanią, u której podstaw są jakieś ukryte motywy (…). Jest to rzeczywistość odzwierciedlana, doświadczana i przeżywana dzień po dniu w naszym własnym kraju”.

Podsumowując: Meksyk NIE JEST państwem upadłym, choć niewykluczone, że może się nim stać wkrótce. Administracja Calderona zamiast z oburzeniem odrzucać wszelkie wypowiedzi na ten temat jako „ataki”, powinna uważnie się w nie wsłuchać i rozważyć ewentualne zmiany, poprawki w walce prowadzonej z kartelami. Choć wydaje się, iż ta zwiększona przemoc karteli narkotykowych jest właśnie dowodem na skuteczność ofensywy Calderona. Za czym przemawiają też zdecydowanie mniejsze ilości przechwyconych narkotyków w ostatnim roku. Po szczegóły odsyłam ponownie do swojego tekstu. Optymistycznie wróży też ostatnia aktywność Obamy na tym polu, a szczególnie przekaz wczorajszej wizyty Hillary Clinton w Meksyku (- o czym później).

Zakończę kolejnym cytatem z El Manana: „Meksyk nie będzie państwem upadłym, ale jest państwem infiltrowanym. Meksyk nie będzie państwem upadłym, ale jest osaczony. Meksyk nie będzie państwem upadłym, ale jest państwem przeciętnym”.

Dodaj komentarz

Filed under meksyk, narkobiznes, narkohandel, usa

USA wzmacniają granicę z Meksykiem

Wczorajszy New York Times informuje, że nowa administracja amerykańska w końcu podejmuje jakieś kroki w celu zwalczenia narkohandlu i wynikającej z niego przemocy na terenach przygranicznych z Meksykiem. Na konferencji prasowej, Janet Neapolitano, sekretarz ds. bezpieczeństwa wewnętrznego ogłosiła, iż Departament Stanu zamierza wzmocnić kontrolę na granicy. Prawie 500 dodatkowych agentów ma zostać wysłanych do służb granicznych: Border Patrol, Immigration and Customs Enforcement, Bureau of Alcohol, Tobacco, Firearms and Explosives. Wraz z nowym kontyngentem służb na granicę ma ponadto zostać wysłany nowoczesny sprzęt. Wzmocniona zostanie również ochrona ambasady amerykańskiej w Meksyku.

Ponadto w końcu ma zacząć działać Plan Merida, w ramach którego na pomoc Meksykowi ma zostać przeznaczonych 700 milionów USD. Wygląda na to, że w końcu Biały Dom na poważnie zaczyna się zajmować problemem narkohandlu. Kilku wysokich urzędników Departamentu Stanu ma wkrótce odwiedzić południowego sąsiada, w tym Janet Napolitano oraz sam Barack Obama, a Hillary Clinton już jest w trakcie wizyty. Prezydent Obama stwierdził, że walka z narkotykami to wspólna odpowiedzialność Meksyku i Stanów Zjednoczonych. Czyżby zawiał tak długo oczekiwany wiatr odnowy w amerykańskiej polityce antynarkotykowej?

Dodaj komentarz

Filed under meksyk, narkobiznes, narkohandel, usa

Czy Salwador ma w końcu swojego „wybawcę”?

Jakiś czas temu pisałem o zwycięstwie Mauricio Funesa w niedawnych wyborach prezydenckich w Salwadorze. Dziś zapraszam do lektury artykułu „Czy Salwador ma w końcu swojego „wybawcę?” – traktującego o perspektywach zmiany sytuacji w tym kraju pod rządami nowego prezydenta. Tekst został opublikowany na portalu www.mojeopinie.pl.

Dodaj komentarz

Filed under salwador

Narkotyki – Europejczycy są ignorantami

W weekendowym wydaniu GW sporo miejsca poświęcono problemowi walki z narkotykami. Jest tam m.in. interesujący wywiad z Danielem Mejią, kolumbijskim specjalistą do walki z narkotykową przestępczością „Koka odrasta w cztery miesiące„.

Mejia uznaje Plan Kolumbia za nieskuteczny – z prostej przyczyny: „Bo nie udało się zmniejszyć produkcji i szmuglu kolumbijskiej kokainy za granicę„. Szczegółowo wyjaśnia też, dlaczego zwalczanie produckji kokainy jest takie trudne (m.in. tysiące małych laboratoriów rozrzucone są po ogromnej i trudno dostępnej dżungli; zarówno półprodukty, jak i potem gotowe narkotyki są szmuglowane przez granice w niedostępnych i niemożliwych do ciągłego nadzoru miejscach; wieśniacy uprawiający kokę nie mają tak naprawdę inne alternatywy; dotychczasowe formy walki – jak np. spryskiwanie pół koki są nieskuteczne). Wskazuje, co zrobić należy, aby wojna z narkotykami miała szanse powodzenia: „Uderzyć w dostawy chemikaliów i benzyny, dotrzeć do laboratoriów, prowadzić infiltrację środowisk producentów i przemytników, wprowadzać agentów do siatek. Ja wiem, że to trudne i kosztowne, ale wysyłanie samolotów nad dżunglę kosztuje jeszcze więcej„.

Przede wszystkim jednak apeluje i zarazem zarzuca (w mej opinii słusznie) Europejczykom hipokryzję i brak działania. Oskarżamy Kolumbię o militaryzację i łamanie praw człowieka, a czy sami robimy cokolwiek, aby przeciwdziałać rozwojowi narkohandlu, który jest przecież odpowiedzią na nasze potrzeby i popyt?!

Czemu w takim razie Europejczycy nie ograniczają popytu na kokainę u siebie? Gdyby zrobili to do czasu, aż pokonamy FARC, mielibyśmy szansę na sukces. Jeśli tego nie zrobią, w Kolumbii nadal opłacać się będzie narkobiznes. Nie będzie FARC, znajdą się inni.

Europejczycy są ignorantami, są zakłamani. Muszą otworzyć oczy!

Europejczykom nie podoba się walka zbrojna? Czemu więc nie dołożą się do programów pomocy dla chłopów w Kolumbii, żeby mogli uprawiać coś innego niż kokę? Powiem panu coś: pewna szwedzka organizacja pozarządowa zaoferowała pomoc w uprawach alternatywnych. Ponad połowa budżetu poszła na biuro szwedzkiego urzędnika w Bogocie. Dla chłopów w lesie zostało 10 procent!

Nie podoba się Europie, że na wojnie z narkobiznesem dochodzi do pogwałceń praw człowieka? Ale upraw, produkcji i szmuglu strzegą armie! Jak „pokojowo” niszczyć pola koki, jeśli ciągną się wokół nich pola min przeciwpiechotnych. A na krzakach koki mocowane są małe jednostrzałowe pistoleciki, który strzelają, kiedy krzaki się wyrywa. Gangi przemytnicze zabijają bez mrugnięcia okiem. Proszę popatrzeć, co się dzieje dzisiaj w Meksyku, jak narkotykowe gangi mordują ludzi, jak sięgają po władzę. Myśmy to już przeżyli w Kolumbii w latach 80. i 90. To nie jest gwałcenie praw człowieka?

Krytykują nas za szkodzenie środowisku przez opylanie pól herbicydami. Ale znacznie większe szkody powodują producenci kokainy karczujący setki hektarów dżungli pod uprawy i wylewający zużyte chemikalia i benzynę do rzek!


Na końcu zawarte jest meritum:

Zgoda, potrzebne są nowe formy zwalczania kolejnych faz łańcucha produkcji i szmuglu. Trzeba stosować zasadę kija i marchewki. Zwalczać uprawy koki i uwalniać wieśniaków spod władzy gangów i armii, ale potem – tłumaczyć chłopom, żeby uprawiali co innego, i pomagać im. Do tego jednak potrzeba współdziałania krajów produkujących i konsumujących kokainę (podkreślenie moje).

Czy tego typu apele coś zdziałają? Miejmy nadzieję. Na pewno jednak nie prędko, dopiero kruszą lody zakonserowowanej tradycyjnej polityki antynarkotykowej nastawionej na zwalaczanie jedynie przemytu i handlu. Już w 2007 r. na m-wej konferencji poświęconej problemowi narkotyków Sekretarz Generalny ONZ mówił, że „największym wyzwaniem dla globalnego systemu kontroli narkotyków jest ograniczenie popytu„. Póki co jednak nic w tym kierunku nie uczyniono. Niedawno zakończona konferencja ONZ w Wiedniu dotycząca światowej walki z narkotykami przyklasnęła status quo, ponownie wygrały hipokryzja, zrzucanie winy na innych, niechęć przyznania się do porażki i brak dojrzałości, aby wziąć na siebie odpowiedzialność za swój udział w rozwoju narkohandlu.

1 komentarz

Filed under ameryka łacińska (ogólnie), kolumbia, narkobiznes, narkohandel